
rudasem pan Dyndas nazwać by się nie pozwolił, żeby jednak myć się codziennie - to nie. "Na szczęście jestem kobieciarzem" - powtarzał sobie w myślach (bo myślał dzień w dzień) - "a przed każdą randką tak, czy owak, muszę się domyć". Jednak, z upływem czasu, częstotliwość randek pana Dyndasa - może z powodu coraz przykładniejszego przykładania się do pracy - malała. A wraz z nią obniżał się jego ogólnie wzięty stan wyszorowania. Doszło do tego, że drapał się, bywało, w plecy, niepomny już na wodę z mydłem, które dawniej świądom zapobiegały. Kiedy wreszcie raz w biurze zapomniał się w zapamiętałym ocieraniu grzbietem o kant biurka i przyłapał go na tym szef - nasz bohater obiecał sobie pójść po radę do specjalisty - niechby nawet z tytułami.
Pan swędzoplecolog długo badał panadyndasowy rewers; przyglądał mu się pod różnymi kąty i wektorami, aż wyjawił, że widzi nieswoiste zmiany, wymagające powiększenia, czy tam - pogłębienia pola widzenia. Przeprowadził więc plecy pacjenta przez swoistą mnogość kosztownych pracowni i bardzo urządzonych gabinetów, aż uzyskał wynik w luksusowej rozdzielczości DPI (Dwieście Pryszczy Idiosynkratycznie).
Rezultaty badań najpierw specjalistę zachwyciły, potem przeraziły, a na koniec - zwariował. W zastępstwie przebywającego na zwolnieniu doktora, wyniki przekazał panu Dyndasowi inny, nie mniej wąski specjalista - traumatoprzełykolog. Ponieważ nie mógł znać się na swędzoplecologii, a od rana przełknął już sporo - opisał tylko, że wszystko jest opisane w tej, oto, kopercie i schował się za traumogardłoskopem. Dopiero w domowym fotelu, uprzednio zaświeciwszy dyndającą nad nim lampę, właściciel pleców rozpostarł ich mapę na kolanach. Wydrukowane na papierze powiększenie pozwoliło dostrzec, że widnieją tam jakieś, jakby bukwy. Znaki owe, najwyraźniej, układały się w napis. Pan Dyndas jął powoli odczytywać treść:
Drogi Nosicielu!
Żeby wszystko było jasne, powiem od razu. Jestem bakterią. A jeśli mój punkt widzenia różni się od Twojego, to tylko na moją korzyść. Ja widzę wszystko naprawdę z bliska. Dotykam istoty rzeczy, kiedy tylko chcę. Mój świat i Twój, stykają się nieustannie, choć pewnie wygodniej by Ci było o tym nie pamiętać. A ja wiem, że są rzeczy, które nawet proktologa przyprawiłyby o rumieniec.
Kiedy zamierzasz podrapać się... czort wie gdzie - nie wiesz, czy ja nie siedziałem najspokojniej w świecie pod paznokciem i może, jednak, nie pragnąłem zmiany klimatu. Za to, gdy swędzi Cię powieka i drapiesz się w nią - nie możesz wiedzieć, czy na palcu nie przyniosłeś właśnie mnie i czy ja, przypadkiem, nie plunąłem ci w oko, albo nie pokazałem czegoś, za co w pewnych kręgach od razu dostaje się w pysk, prawda?
No, ale dałbyś radę mi przywalić, hę?! Twoja domniemana dominacja, niestety, kończy się w przedbiegach. Innymi słowy - możesz mi... skoczyć. Choćby i dlatego, że jestem bakterią jeszcze nie odkrytą. Nie znajdziesz w tych - pożal się Boże - aptekach antybiotyku na mnie, a ja Ci nie podpowiem. O - takiego!
Rozmnażam się łatwo i chętnie. Nieee, szczegółów nie będzie; gdybyście poznali nasze numery... ja nie wiem, czy jeszcze komuś chciałoby się rano wstawać do pracy. Nie chwaląc się, powiem że jestem liczony w miliardach. Do paru milionów, to w ogóle nie mówi się na nas "populacja", tylko po prostu "kultura". A co, może nie?
Ja, to nie jestem specjalnie chorobotwórczy. Może inni bracia... ale niech każdy przecież odpowiada za siebie. Wiem - ci od kataru są wyjątkowo upierdliwi. Z nimi nikt nie umie się dogadać. Nadgorliwość jest gorsza od ksenofobii. Albo, ta banda Grafficiarzy - Perforatorów! Pamiętasz może taki nieprzyjemny incydent w dwunastnicy? - To oni. Zbawienie chcą osiągnąć, czy co? Ja osobiście, się od tego odcinam.
Kiedyś nawet Ci pomogłem, wiesz? Wtedy, kiedy miałeś wrzód na... zaraz koło... no właśnie. Chłoooopie! - ile tam się wtedy wirusostwa kręciło - jakby nowy zakaźny otwierali! Ale ja pierwszy zająłem szczyt i - niech tylko który spróbuje! Broniłem jak swego. Nie przechwalam się, jednak gdybym tylko chciał, mogłem wtedy pokierować taką infekcją, że niech się chowa Bitwa Pod Stalingradem!
Bo ja Cię, wiesz, nawet lubię. I właśnie dlatego, po starej przyjaźni, mam do Ciebie mały romans: Czy mógłbyś pójść do łóżka z tą opaloną, którą przyjęli do pracy u Ciebie w tym tygodniu? Ona ma florę tak bogatą, jak folklor bałkański, mówię Ci!
No i jest tam taka jedna bakteryjka... co ja Ci będę dużo mówił - gdybyś mógł widzieć to ciałko! I, jak umie trzepotać rzęskami!
***
↑
Na górę strony
←
poprzednia (4) strona
Copyright by Jazzski 2009
następna (6) strona →
BAKTERIAQva
(To samo opowiadanie, w języku hlsm - zrozumiałym dla biegłych w OPSM)
wzgó
↑
Na górę strony
←
poprzednia (4) strona
Copyright by Jazzski 2009
następna (6) strona →